Miasto jak system operacyjny

Pojęcie Smart City ma już kilka lat, a przykłady miejskich przestrzeni, w których zarządzaniu biorą udział algorytmy znajdziemy na wszystkich kontynentach. Jednak pomysł Google'a, by przenieść na serwery niemal każdy aspekt funkcjonowania konkretnej dzielnicy miasta, jest naprawdę nowatorski.

Podziel się

facebook twitter linkedin email
Smart City AI blog Norbert Biedrzycki

Do tej pory podczas konferencji poświęconym inteligentnym miastom najczęściej podawano przykłady chińskich i południowokoreańskich aglomeracji, jak również Londyn, Boston, Szanghaj, Nowy Jork czy Dubaj. Władze tego ostatniego stawiają sobie za cel, by to miasto-państwo nie miało sobie równych w integrowaniu życia obywateli z technologiami komputerowymi i internetowymi. Jednak prawdziwa rewolucja może dokonać się zupełnie gdzie indziej, bo za sprawą umowy zawartej w 2017 roku między władzami kanadyjskiego Toronto a koncernem Google (a ściślej spółką Sidewalk Labs należącej do Google) w zakresie planowania i rozwoju miast. Czy dzięki temu wizjonerskiemu przedsięwzięciu wkroczymy w kolejny, ważny etap testowania idei inteligentnego miasta? Czas pokaże. Wiele tu zależy od tego, jak w tym roku potoczą się gorące dyskusje zwolenników i przeciwników całego pomysłu. Pomysłu innowacyjnego i niemającego do tej pory precedensu, zarówno jeśli chodzi o duże nagromadzenie wysoko rozwiniętych technologii w miejskiej przestrzeni, jak i prawne aspekty tego rozwiązania.

Laboratorium innego życia

Jeśli projekt się powiedzie, to industrialne krajobrazy Quayside – przemysłowej dzielnicy Toronto – zdecydowanie zmienią swoje oblicze. Ponure budynki magazynów zostaną zastąpione przez apartamentowce, a status całej dzielnicy nabierze ekskluzywnego i zapewne snobistycznego charakteru. Stanie się coś jeszcze. Bo przecież Quayside rzeczywiście będzie laboratorium, w którym testuje się nie tylko działanie wszechobecnego WiFi, ale dokonuje diagnozy zachowań społeczności, która dobrowolnie godzi się na maksymalne sprzężenie swojego życia z technologią. Będziemy więc mieli do czynienia z zupełnie nową jakością i to zarówno, jeśli chodzi o politykę społeczną, administrację, biznes i socjologię. Odtąd każdy następny projekt ucyfrowienia większej społeczności będzie korzystał z tego wszystkiego, co stało się w Toronto.

Jak ma toczyć się życie w tym nowym mieście?

Co już wiadomo? Na razie ciągle poruszamy się w gąszczu informacji, które są mieszanką spekulacji medialnych i publikacji inwestorów. Pewne jest, że publiczna przestrzeń dzielnicy będzie mocno nasycona wszelkimi urządzeniami, które będą tworzyły globalną sieć informacyjną, a jej ogniwami będą kamery, stacje WiFi, autonomiczne pojazdy, smartfony, komputery użytkowników, czujniki i wszelkie urządzenia elektroniczna, które można do takiej sieci podłączyć i zintegrować ich działanie. Co będzie miał z tego mieszkaniec? Obie strony projektu podkreślają, że życie w Quayside stanie się wygodniejsze i zdrowsze. Dzięki danym dostarczanym przez mieszkańców inteligentne urządzenia będą sortować odpady, regulować temperaturę chodnika i temperaturę w budynkach użyteczności publicznej, a także dbać o to, by ruch drogowy cechował się idealną płynnością. Odpowiednikiem dowodu osobistego będzie specjalne konto elektroniczne czy elektroniczna portmonetka, dzięki której jej użytkownik będzie mógł „podłączać” się do miejskiej sieci urządzeń i korzystać z wszelkich udogodnień, takich jak np. rezerwacja miejsca w restauracji, leżaka na nabrzeżu, samochodu w wypożyczalni czy zakup biletu na samolot.

Utopia czy dobrowolne więzienie?

Technologiczni guru spod znaku Krzemowej Doliny z pewnością zacierają ręce, bo to doskonała okazja, by dokonać kolejnego kroku na drodze cyfryzacji ludzkości i doskonalenia życia za sprawą szeroko pojętej sztucznej inteligencji. Krytycy jednak nie przebierają w słowach i nazywają rzecz dosadnie: w Quayside powstaje poligon deregulacji i prywatyzacji, a mieszkańcy dzielnicy mogą zmagać się zarówno z hakerskimi atakami, jak i wszelkimi problemami wynikającymi z nieuregulowania kwestii zarządzania danymi. Sceptyczni, chętnie odwołujący się do Orwella, traktują przedsięwzięcie jako przykład spełniającej się dystopii, w której ludzkość dobrowolnie rezygnuje z prawa do prywatności. A więc koparki w Toronto jeszcze na dobre nie ruszyły, a praktyka dnia codziennego już na etapie społecznej dyskusji nad projektem okazuje się skomplikowana na wielu poziomach. Nie ma się zresztą co dziwić. Do tej pory nikt przed podobnymi problemami – przynajmniej na taką skalę – nie stawał.

Jak zwykle chodzi o dane

Co budzi największe kontrowersje? Nie będzie zaskoczeniem, że problematyczna jest tu kwestia gromadzenia, wykorzystywania i zarządzania danymi. Jak można przewidzieć, ich produkcja będzie olbrzymia, miasto i wszystkie jego urządzenia będą funkcjonować całą dobę, wszystkie (lub niemal wszystkie) jego urządzenia czy zachowania ludzkie będą pozostawiały cyfrowy ślad. Mieszkańcy Toronto mają więc prawo martwić się o dane zebrane w miejscach publicznych, nawet jeśli miałyby one być regularnie kasowane. Pod wpływem opinii publicznej i aktywnej działalności społeczności „Toronto Open Smart Cities Forum” zaczęły się w końcu krystalizować pomysły i scenariusze dotyczące tych zasadniczych problemów. Po pierwsze, dla zarządzania danymi ma być powołany „Civic Data Trust” – publicznie kontrolowane ciało, które ma gwarantować, że obrót danymi nie będzie odbywał się ze szkodą dla mieszkańców. Jego przedstawiciele mają monitorować, czy nie są one komercjalizowane i wykorzystywane do celów reklamowych lub nie trafiają w ręce niepowołanych podmiotów. Po drugie, dokonano ważnego rozróżnienia, które ma wprowadzić porządek w spornych kwestiach. Jego efektem jest to, że informacje zbierane w publicznej przestrzeni dzielnicy mają być traktowane jako „dane miejskie” i inaczej traktowanie w stosunku do danych tworzonych podczas zwykłego używania strony internetowej czy smartfona. Właśnie te cyfrowe dane miejskie będą pod szczególną ochroną wspomnianego „Civic Data Trust”. W założeniu powinny być one swobodnie i publicznie dostępne, co powodowałoby, że nie można mówić o ich monetarnej wartości. Każdy miałby do nich równy dostęp.

Miasto jak android

Krytycy projektu wskazują na wiele potencjalnych zagrożeń związanych z jego realizacją. Mocno przemawia do wyobraźni porównanie Quayside do systemu Android. W tym przypadku Google staje się tylko pośrednikiem, „zarządcą” ekosystemu, platformy, do której przyłączane są kolejne organizmy porównywalne do aplikacji. Jeśli ta analogia jest prawdziwa, to zabezpieczenie mieszkańców przed niepożądanymi praktykami różnych koncernów, firm, a nawet indywidualnych osób może być trudne. Regulowanie wszelkiej aktywności w Internecie jest bardzo trudne, zatem dzielnica Quayside może stać się bastionem wszelkich praktyk deregulacyjnych i działań w szarej strefie.

Z drugiej innej strony mamy tu do czynienia z ideą nieograniczonej przedsiębiorczości i innowacyjności, którą podkreślają przedstawiciele Sidewalk Labs. Tak jak każdy może stworzyć nową stronę internetową (o ile przestrzega otwartych standardów), standardy Quayside będą promować współpracę i konkurencję, zapobiegać blokowaniu się dostawców i inspirować kolejnych współtwórców społeczności.

Nie zapominajmy też o korzyściach dla przeciętnego mieszkańca dzielnicy. Jedną z podstawowych obietnic, jakie on otrzymuje, jest obietnica ceny. Algorytmy w założeniu mają wpływać na efektywność funkcjonowania wielu miejskich usług, a to oznacza również obniżanie kosztów wielu z nich. Inteligencja technologii nie jest przecież tylko chutliwym hasłem. Jest terminem, który może oznaczać zwiększoną efektywność kosztową w zakresie czynszów, transportu, prądu.

Starcie cywilizacji

W przypadku Quayside mamy do czynienia ze starciem wielu filozofii w podejściu do biznesu, zarządzania, a nawet całego życia. Trudno odmówić słuszności krytykom projektu, którzy uświadamiają nam, jak delikatną wartością są nasze dane. Czy mamy tu do czynienia z radykalną ideą, która po zrealizowaniu może stać się pierwszym przypadkiem niemal całkowitego sprywatyzowania przestrzeni publicznej. Trudno też zbyć wzruszeniem ramion pytania o mieszkańców, którzy nie wydadzą zgody na masowe przetwarzanie i gromadzenie danych. Czy będą musieli wyprowadzić się poza granice dzielnicy? Innych pytań jest mnóstwo. Odpowiedzi na nie będą w końcu musiały zostać sformułowane. Jestem przekonany, że o ile dzisiaj dzielnica Quayside jest rzeczywiście eksperymentem, to w niedalekiej przyszłości będzie to już standard naszego społecznego funkcjonowania. Albo przynajmniej jeden ze standardów na inteligentne miasto.

.    .   .

Cytowane prace:

The Verge, Andrew J. Hawkins, Alphabet’s Sidewalk Labs strikes deal to turn 800 acres of Toronto into an ‘internet city. Google spinoff will bring Wi-Fi hubs and other smart city innovations to the shores of Lake Ontario, Link, 2018. 

Centre for Free Expression, Toronto Open Smart Cities Forum, Link, 2020. 

.    .   .

Powiązane artykuły:

– Uczmy się jak maszyny, a nawet bardziej

– Czy algorytmy będą popełniać zbrodnie wojenne?

– Maszyno, kiedy nauczysz się ze mną kochać?

– Kiedy przestaniemy być biologicznymi ludźmi?

– Sztuczna inteligencja to nowa elektryczność

Skomentuj

3 comments